Charles Xavier (Patrick Stewart) i Erik Lehnsherr (Ian McKellen) przy szachownicy w „X-Men” (2000), reż. Bryan Singer, zdjęcia filmowe Newton Thomas Sigel. 20th Century Fox. Źródło reprodukcji: Forbes.
Patrick Stewart i Ian McKellen sprawili, że spór Xaviera z Magneto miał ciężar rozmowy między ludźmi, którzy kiedyś mogli wspólnie zmienić świat. Nie potrzebowali do tego długich retrospekcji ani nieustannych pokazów mocy. Wystarczało przekonanie, że za każdym argumentem wciąż kryje się pamięć o przyjacielu. Wspominając Stewarta, warto wrócić do tego ekranowego partnerstwa.
Uwaga: tekst zawiera spoilery „X-Men”, „X-Men 2”, „X-Men: Ostatniego bastionu” i „X-Men: Przeszłości, która nadejdzie”.
Dwie odpowiedzi na ten sam lęk
Charles Xavier chce zbudować możliwość wspólnego życia mutantów i ludzi. Erik Lehnsherr nie wierzy, że zagrożona mniejszość może powierzyć swoje bezpieczeństwo dobrej woli większości. Obaj rozpoznają realność przemocy. Nie zgadzają się co do tego, jak dalece należy uprzedzić przeciwnika i kto poniesie koszt takiej obrony.
McKellen nie gra Magneto jako człowieka pozbawionego powodów, a Stewart nie ogranicza profesora do mechanicznego powtarzania szlachetnych haseł. W ich dialogach słychać zmęczenie argumentami, które zapewne padały już wiele razy. Ta znajomość nie rozładowuje konfliktu. Sprawia, że każda kolejna odmowa bardziej boli.
Proste ustawienie jednego bohatera jako rozumu, a drugiego jako gniewu nie wystarcza. Xavier także potrafi wywierać presję i podejmować decyzje za innych. Magneto bywa zdolny do czułości, humoru i uznania cudzej wielkości. Aktorzy wykorzystują te pęknięcia, dzięki czemu ich spotkania nie są ilustracją gotowej tabeli poglądów.
Partia, której nie kończy zwycięstwo
Finał pierwszych „X-Men” przenosi obu bohaterów do więzienia Magneto. Grają w szachy, chociaż polityczny i moralny spór nie został rozwiązany. To świetny pomysł inscenizacyjny: człowiek odpowiadający za zagrożenie nadal pozostaje dla profesora rozmówcą, do którego można przyjść.
Na zdjęciu wyróżniającym przejrzysty stolik i otaczająca go chłodna przestrzeń oddzielają bohaterów od świata. Xavier w ciemnym stroju i Magneto w bieli są ustawieni po przeciwnych stronach planszy, ale podobne pochylenie sylwetek wiąże ich w jeden układ. Obraz pokazuje zarazem bliskość oraz niemożność znalezienia wspólnego ruchu.
Stewart potrafi nadać uprzejmości stanowczość. Charles nie przyszedł wymazać odpowiedzialności Erika. McKellen odpowiada spokojem człowieka, którego uwięzienie nie przekonało, że się mylił. Scena działa, ponieważ żaden z nich nie musi ogłaszać swojej przewagi. Widz rozumie, że rozmowa będzie trwała także po ostatnim ruchu.
Wspólne działanie nie usuwa różnic
W „X-Men 2” zagrożenie ze strony Williama Strykera zmusza dawnych przeciwników do współpracy. Byłoby łatwo potraktować ją jako dowód, że w gruncie rzeczy chcą dokładnie tego samego. Film pokazuje jednak granice takiego sojuszu: Magneto wykorzystuje przejęte Cerebro do skierowania zagrożenia przeciw ludziom.
Wspólny wróg nie zastępuje moralnego wyboru. Stewart daje Xavierowi wiarygodność człowieka, którego nie można utożsamić z każdym planem obrony mutantów. McKellen pozwala zrozumieć, dlaczego Erik uważa własne rozwiązanie za konieczne, nie odbierając mu przez to odpowiedzialności za próbę masowej przemocy.
Ten rodzaj konfliktu pomagał przygotować grunt pod późniejsze opowieści superbohaterskie, w których przyjaźń nie gwarantuje zgodności co do środków. W odrębnym MCU Steve Rogers i Tony Stark również mogą szczerze troszczyć się o innych i wyciągać z tego sprzeczne wnioski. Nie jest to ta sama historia, lecz podobny dramatyczny mechanizm: konflikt kosztuje więcej, gdy przeciwnik nie jest obcy.
Szacunek wobec człowieka nie oznacza zgody
„Ostatni bastion” daje Magneto moment szczególnego uznania dla Xaviera po jego śmierci. Reakcja na lekceważenie profesora nie unieważnia wcześniejszego konfliktu. Pokazuje raczej, że Erik potrafi oddzielić zasadniczy sprzeciw od pogardy. Dla obu aktorów była to przestrzeń do grania emocji, które nie mieszczą się w prostym podziale na przyjaciela i wroga.
W przyszłości pokazanej w „Przeszłości, która nadejdzie” doświadczenie katastrofy odbiera dawnym sporom komfort odkładania decyzji. Starsi Charles i Erik stoją po tej samej stronie walki o przetrwanie. McKellen i Stewart nie muszą udawać, że minione dekady konfliktu były bez znaczenia. Właśnie ich ciężar sprawia, że wspólna obecność staje się przejmująca.
Partnerstwo budowane poza kadrem
W archiwalnym zapisie z planu „X-Men”, opublikowanym na własnej stronie w styczniu 2000 roku, McKellen opisywał podobieństwo ich teatralnego przygotowania i swobodę rozmów podczas zdjęć w Toronto. To świadectwo współpracownika, a nie domysł dopisany do filmowej chemii. Obaj mieli doświadczenie, które pozwalało im znaleźć napięcie w samym rytmie odpowiedzi.
Ich prywatnej przyjaźni nie należy utożsamiać z relacją bohaterów. Można jednak docenić efekty zawodowego zaufania: jeden aktor nie musiał zagłuszać drugiego, żeby pozostać wyrazistym. Stewart mógł trzymać scenę spokojem, McKellen zmieniać temperaturę ironicznym akcentem, a potem zamieniali się tymi funkcjami.
To partnerstwo pozostawiło serię z czymś cenniejszym niż efektowny pojedynek telepaty z władcą metalu. Zostawiło dwie rozpoznawalne osoby, które potrafią się rozumieć i nadal nie potrafią się zgodzić. Po odejściu Stewarta ich szachownica jest jednym z tych filmowych miejsc, do których szczególnie chce się wrócić.

1 komentarz
Komentarze są zamknięte.